niedziela, 27 lipca 2014

Jesteś wyrafinowanym mordercą, Władco. Rozdział dziewiętnasty.


Sammi siedziała na twardym krześle i nieprzytomnym wzrokiem lustrowała podręcznik od francuskiego, zastanawiając się nad odmianami czasowników nieregularnych w czasie passé composé.  Jasne, język ten nigdy nie był jej mocną stroną (podobnie jak fizyka atutem Wellingera), jednakże ona nie zamierzała się poddać – wręcz przeciwnie.

Długopis w dłoni ciążył niesamowicie, a po chwili spadł na podłogę, podtaczając się pod łóżko, które dzieliła z tym idiotą w sposób co najmniej dosłowny. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co jej ostatnio odbiło. No bo tak, wcześniej wszystko było winą spożytego alkoholu, niemniej teraz nie potrafiła znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tego,  co stało się dwa dni temu.

No chyba, że…

Stop, kobieto. Nie myśl o tym, raczej skup się na odmianie „avoir”.

I naprawdę już miała ponownie zajrzeć do pomarańczowego podręcznika, już widziała drobniutki tekst napisany w tym przerażającym języku, ale w tym samym momencie przybyło wybawienie w postaci jej własnej komórki, która rozdzwoniła się na dobre.

Mama.

Sammi nie miała pojęcia, co takiego mogło się stać, by jej rodzicielka zadręczała ją telefonami o dziesiątej wieczorem czasu norweskiego, więc z mocno bijącym sercem nacisnęła zieloną słuchawkę.

Niestety – jej wszelakie obawy okazały się być aż do bólu słuszne.

 

* * *

Najwyższy potknął się. Doprawdy, te schody powinny być tworzone przez w pełni wprawionych architektów, a nie jakiś nieumiejętnych ćwoków. Być może gdyby on sam poprosił swoich królewskich budowlańców o ich naprawę, można by było uzyskać w miarę zadowalający efekt. Hm. Władca strapił się, w myślach wybierając najlepszego pracownika.

- Kurwa, Wellinger, jest prawie środek nocy! Normalni ludzie chcą spać! Nie wiem, czy ty zdajesz sobie sprawę z faktu, iż z naszym hotelem sąsiaduje posterunek policji! Powinni ci dać dożywocie za zakłócanie mojej i freitagowej ciszy! Potrzebujemy odpowiedniej harmonii, by usnąć!  - głos Wanka na pewno narobił więcej hałasu aniżeli dźwięki powstałe wskutek zderzenia jego złotego buta, który miał wygrawerowaną koronę na czubku, z twardym drewnem. Pan skrzywił się, sprawdzając, czy aby na pewno nie rozlał ani kropelki białej cieczy, którą skrupulatnie niósł z kuchni do swojego pokoju.

Po upewnieniu się, że nie, spiorunował pulchnego poddanego wzrokiem.

- Udałem się tylko po szklankę mleka, ponieważ bez niego czasem nie jestem w stanie zasnąć, jednakże ty, marny człowieku, tego nigdy nie zrozumiesz. – odparł wyniośle, a następnie (z wysoko podniesioną głową rzecz jasna!) wyminął skoczka i odszedł w kierunku pokoju, na drzwiach, którego nadal widniała jakże przerażająca liczba symbolizująca Szatana.

Sęk w tym, że kiedy tylko je otworzył, zamarł.  Jeśli go pamięć nie myliła, gdy odchodził (no fakt, nie było go ponad godzinę, ale nowa recepcjonistka wyglądała doprawy wyśmienicie!) Sammi siedziała zagłębiona w książki od francuskiego. Teraz zaś leżała na ich wspólnym łóżku z twarzą ukrytą w poduszkach, co wcale nie zmieniało tego, iż już z odległości tych kilkunastu kroków, które ich dzieliły, słyszał jej przeraźliwe łkanie. A raczej język, który próbowała poskromić, nie doprowadził jej aż do takiego stanu.

Momentalnie znalazł się przy niej, ale dziewczyna nawet nie zareagowała. Zupełnie jakby był niewidzialnym duchem, co było bardzo podejrzane.

- Sammi, co się stało? – spytał ostrożnie. Jedną ręką sięgnął, by odgarnąć jej włosy z twarzy, niemniej ona odsunęła się tak szybko, że nie zdążył nawet zareagować.

Zły znak.

Książę westchnął pod nosem. W myślach zaś stwierdził, iż niemożliwe jest pocieszenie płaczącej baby, jednakże postanowił spróbować jeszcze raz.

- Dlaczego wyjesz mi w poduszkę? – spytał trochę ostrzej aniżeli powinien, ponieważ nie był nawet w stanie przewidzieć skutków tego, co za chwilę miało się wydarzyć.

Nim się w ogóle zorientował, dziewczyna poderwała się do pozycji siedzącej. Dobrze, że zdążyła już wcześniej zmyć z siebie delikatny makijaż, który zazwyczaj robiła na codzień, gdyż potoki łez, które spływały po jej policzkach, na pewno rozmazałyby go kompletnie, czego świadkiem Najwyższy był niegdyś, kiedy  - jak się później okazało – jej kochany chłopak zerwał z nią za pomocą telefonu.

Jakby sam tego kiedyś nie zrobił.

- Ty masz jeszcze czelność pytać, co się stało, Wellinger?!  - wrzasnęła wiedźma tak głośno, iż Pan przestraszył się, że może zbudzić jego dzieciaczki, więc szybko spojrzał w stronę terrarium, ale gdy nie dostrzegł żadnego niepokojącego ruchu, uspokoił się – Sprytul nie żyje!

Po tych słowach Sammi ponownie wybuchnęła płaczem, a Władca poczuł, iż wiosna rozkwita z jego sercu, co nie oznaczało, że nie powinien złożyć żadnych stosownych kondolencji rzecz jasna. Wziął głęboki wdech.

- Bardzo mi przykro, ale wiesz… no stary był, reumatyzm pewnie mieszkał w jego kościach, miauczeć już nie mógł….

Trach!

Nie skończył, bo poczuł siarczyste uderzenie na swoim policzku. Było ono na tyle mocne, iż głowa delikatnie odskoczyła mu w prawą stronę i był niemalże pewien, że na jego wrażliwej skórze pozostał ślad w postaci dość znacznego zaczerwienienia.

Oczy dziewczyny lśniły wściekłością, która ewidentnie skierowana była prosto w jego cudną osobę. A przecież on niczego takiego wcale nie zrobił! Po prostu chciał być miły! Doprawdy, nie rozumiał już kompletnie niczego.

- To ty go zabiłeś! Mój kot zjadł mysz, którą przed wyjazdem wypchałeś jakąś cholerną trutką na szczury, a następnie podrzuciłeś ją do garażu mojego taty! Zrobiłeś to specjalnie, morderco!

Książę przez moment stał jak zamurowany i nie wiedział, co miał zrobić, by oczyścić się z zarzutów ( że były trafne i w pełni uzasadnione to inna prawa). Tak, bo odskoczył od dziewczyny tuż po tym, jak jej ręka próbowała odłamać mu łeb, zresztą chyba dobrze zrobił, biorąc pod uwagę to, jak się zachowywała.

Mimowolnie skulił się.

-Rozumiem, że jesteś zła, ale powinnaś wiedzieć, że nie chciałem, by coś mu się stało…  ja…

Urwał. Sam nie wiedział, co miał powiedzieć, a ona już stała nad nim gotowa ukręcić mu kark tylko i wyłącznie wypalającym wzrokiem, więc czym prędzej zebrał się na odwagę, a następnie złapał ją za rękę, by - jakimś cudem – opóźnić już i tak nieuniknioną katastrofę. Przez chwilę stali w bliżej nieokreślonej pozycji, mierząc się wściekłymi spojrzeniami, ale po kilku sekundach Sammi szarpnęła się, strącając z siebie jego łapy.

- Nigdy więcej nie waż się mnie dotykać. – warknęła przez zaciśnięte zęby, a następnie , kompletnie nie zważając na fakt, iż w hotelu panowała już cisza nocna, wybiegła z pokoju, pozostawiając go samemu sobie kompletnie oniemiałego. Powolnym krokiem podszedł do łóżka, a następnie bezwładnie na nie opadł, chowając twarz w dłoniach.

I może nawet sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać, ale miał tą głupią nadzieję, iż dziewczyna zaraz wróci do pokoju. Powziął również godne jego Majestatu postanowienie – gdyby nie pojawiła się za jakieś dziesięć, no góra piętnaście minut, pójdzie jej szukać.

Nie mógł przecież porzucić załamanej kobiety, nieprawdaż?

 

* * * *

Sammi nie zauważyła, kiedy wybiegła z hotelu. Uświadomił ją o tym dopiero przeraźliwy chłód, który owiał jej ramiona, przypominając dziewczynie tym samym, iż nie zabrała chociażby marnej bluzy ( cieniutka bluzka z królikiem na pewno nie była dobrym wyborem na iście syberyjskie warunki). Nawet jej słone łzy zdawały się zamieniać w sople lodu na zbyt bardzo zaróżowionych policzkach.

Mimo wszystko nie wróciła jednak do pokoju, gdzie urzędował uśmiechnięty od ucha do ucha Wellinger, bo nie mogłaby znieść jego widoku, któremu „atrakcyjności” nadawało piętno wyrafinowanego mordercy.

Wzdrygnęła się, choć nie miała pewności czy ze strachu pomieszanego z niewyobrażalną wciekłością, czy przerażającego zimna. Niemniej cały czas uparcie szła do przodu. Ramiona szczelnie objęła i tak już skostniałymi dłońmi, a czubkami butów tarasowała sobie drogę na nieośnieżonym chodniku, chociaż wątpiła, żeby to coś dawało, ponieważ śnieżyca, która uparcie przybierała na sile, skutecznie zasypywała wszytkie możliwe ślady. 

Niemniej nagle czyjaś ciepła dłoń chwyciła ją za rękę. Sammi krzyknęła, ale ten ktoś  szybko zamknął jej usta, pozbawiając na chwilę tchu. Już za moment znaleźli się w jakimś ciemnym i dosyć dziwnym oraz nieprzyjaznym zaułku, a ona oparła się plecami o ścianę. Podniosła głowę, mrużąc przy okazji oczy, by rozpoznać swojego oprawcę.

- Karl. – sama usłyszała, jak głośno odetchnęła z ulgą, bo wyobrażała już sobie niewiadomo co , a następnie dodała z wyraźnym wyrzutem w głosie – Przestraszyłeś mnie. Nie rób tego więcej.

Z powodu wszechogarniającej ciemności nie mogła dojrzeć jego wyrazu twarzy, ale mogłaby przysiąść, iż na ustach chłopaka wkradł się łobuzerski uśmiech pomieszany z lekkim zażenowaniem, co uważała za jedną z najsłodszych min na świecie.

- Przepraszam, Sammi. – mruknął cicho – Po prostu tak sobie tutaj siedziałem i nagle zobaczyłem, że biegniesz gdzieś kompletnie nieubrana. Przeziębisz się po raz drugi, przecież dopiero co zdążyłaś wyzdrowieć. Powinnaś wracać do hotelu.

Na samą wzmiankę o tym przeklętym budynku, dziewczyna ponownie wybuchnęła zupełnie niekontrolowanym szlochem, a paznokciami wbiła się w pomarańczową, kadrową kurtkę Geigera.

- Ja nie chcę tam… Wellinger, on …  - ciche, spazmatyczne szlochy cały czas wydobywały się z jej ust – Otruł Sprytula!

Usłyszała jak Karl westchnął głęboko. Była niemalże pewna, że chłopak zastanawia się, gdzie znajduje się najbliższy szpital psychiatryczny, bo fakt, iż Policja była tuż obok, nie pozostawiał wątpliwości, w jakie miejsce wspomniany przez nią osobnik powinien udać się zaraz po specjalistycznym leczeniu.

Niemniej zamarła, gdy poczuła, że wargi skoczka z łatwością odnalazły jej. To absolutnie nie powinno mieć miejsca, a szczególnie biorąc pod uwagę zachłanność, z jaką robił to Geiger. Nie wiedziała, dlaczego opierała się teraz, a nie w momencie, kiedy czynił to Wellinger, niemniej – gdzieś tam w głębi duszy – zdawała sobie sprawę z tego, iż powód tego wszystkiego na pewno istnieje.

Ręce Karla niebezpiecznie zaczęły wędrować wzdłuż jej podbrzusza, więc momentalnie odepchnęła go od siebie, mierząc go nienawistnym spojrzeniem.

- Czyś ty do reszty zwariował? – wrzasnęła, ale blondyn w tej samej chwili zatkał jej usta swoją wielką dłonią, więc zamiast słów słychać było tylko i wyłącznie niewyraźny bełkot.

- Myślisz, że jestem głupi? – spytał takim tonem, iż ją zmroziło – Przecież wiem, że przespałaś się z tym pajacem, a każdemu próbujecie tylko zamydlić oczy. Zrobiłaś to z nim, więc zrobisz  ze mną. Przecież dla ciebie i tak nie ma żadnej różnicy prawda, kochanie?

Poczuła, jak nogi się pod nią uginają, gdy chłodne ostrze noża dotknęło jej uda. Kiedy zaś Karl na moment oderwał dłoń od jej ust, zaczęła wzywać pomocy, choć za chwilę nie wiedziała już, czy nie wołała tylko i wyłącznie w swych własnych myślach.

 

* * * *

Książę doszedł do wniosku, że powinien udać się na poszukiwania dziewczyny, jednakże włosy stanęły my dęba ze strachu, gdy zorientował się, iż nie ma jej na terenie hotelu. Momentalnie wrócił po kurtkę, zabrał też tą należącą do Sammi i wyszedł na zewnątrz, choć niemalże cofnął się z powrotem do środka, gdy w twarz uderzył go podmuch przeraźliwego, mroźnego powietrza.

- Pomoooocy!

Przeraźliwy, ale jednak bardzo cichy krzyk naznaczony strachem przeciął jego umysł szybciej od niesamowitego mrozu. Nim się w ogóle zorientował, biegł, choć jego kroki były skutecznie hamowane przez olbrzymią warstwę śniegu, która nieprzerwanie od kilku dni zdobiła chodnik.

 Nie wiedział, co w tamtej chwili czuł. Przerażenie, złość, wściekłość na siebie samego, że w tak prosty sposób pozwolił jej wyjść z tego cholernego pokoju?

Rozpacz?

W  pierwszej chwili go nie poznał. Nawet przez myśl mu nie przyszło, iż to właśnie on mógłby…

Stał i ją całował. I być może nie byłoby w tym nic przerażającego gdyby nie fakt, że ona wcale nie odwzajemniała jego pieszczot, a sam Geiger wędrował swoimi łapskami tam gdzie nie powinien, starając się zdjąć z jej ciała marne legginsy, w których Sammi często kładła się spać.

A później Andreas zobaczył coś jeszcze. Coś, co cały czas było przyłożone do uda dziewczyny. Nóż. Ogromny, z ręcznie tłoczoną rękojeścią; nie miał pojęcia, skąd coś, co przypominało sztylet, mogło znaleźć się w rękach Karla, ale teraz to już było bez żadnego znaczenia.

Dopadł do nich niemalże momentalnie, z zaskoczenia. Żadne z nich nawet nie zauważyło jego obecności, ale gdy tylko ujął Geigera za kurtkę, stało się coś, czego kompletnie nie przewidział, bo chłopak odwrócił się i już miał zaatakować ostrzem swego napastnika, niemniej nie wiedział jednego.

Sammi niepostrzeżenie wtargnęła pomiędzy nich, przyjmując na siebie oba, równie mocne ciosy.

Karl wydawał się być na tyle zszokowany, iż w ogóle się nie bronił, a nóż wypadł z jego pozornie mocno zaciśniętej dłoni i z cichym plaśnięciem spał na pokrytą śnieżną pierzyną podłogę. Andreas momentalnie obezwładnił Geigera, z którego ust wydobywało się tylko i wyłącznie nieokreślone rzężenie. Bał się spojrzeć na Sammi. Najzwyczajniej w świecie bał się tego, co może ujrzeć w miejscu, gdzie jeszcze przed minutą stała dziewczyna.

Nic zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że czarnowłosa osunęła się na ziemię. Śnieg wokół niej pokryty był czerwonymi plamami, a Wellinger zadrżał na samą myśl, iż to jej własna krew, która niebezpiecznie szybko opuszczała jej drobne ciało w miejscu, gdzie musiały znajdować się dwie, zapewne niezwykle głębokie rany.

- Andi, puść go!

 Momentalnie rozejrzał się za źródłem głosu i w ciemnościach dostrzegł nachodzącego Schustera. Nie zastanawiał się, dlaczego trener spaceruje po Oslo w  środku nocy, bo w tejże chwili nie miało to dla niego żadnego znaczenia, ponieważ wszystkie pokłady logicznego myślenia przysłoniła mu leżąca na ziemi Sammi.

Śnieg zdawał się przybierać na krwistoczerwonej barwie; jego serce zaczynało spowalniać swoją pracę i w pewnej chwili miał już wrażenie, że stanęło na amen…

Nagle ktoś popchnął go tak brutalnie i mocno, iż zachwiał się na tyle, że był pewien swojego upadku, ale dzięki wielu treningom, skutecznie utrzymał równowagę, a sekundę później rozbieganym wzrokiem obejrzał się za siebie, wyłapując wzrokiem dwóch ubranych w mundury policjantów, którzy skuwali Karla kajdankami. Szybko skierował swoje spojrzenie w skąpany w ciemnościach zaułek, gdzie ciągle leżała dziewczyna.

Jakimś cudem nikt oprócz niego samego jej nie zauważył.

Krwawiła bardzo obficie, stwierdził to, gdy tylko natychmiast do niej podbiegł i – kompletnie nie zważając na śnieg oraz wszechobecne czerwone plamy – upadł na kolana przy jej kruchym ciele.

- Sammi? – szepnął na tyle głośno, by dziewczyna (jeśli nadal była przytomna rzecz jasna) go usłyszała – Sammi, otwórz oczy, proszę.

Na początku nawet się nie poruszyła, ale jej klatka piersiowa stopniowo podnosiła się i opadała, więc Andreas odetchnął z ulgą. Następnie delikatnie uniosła powieki, jednakże nawet w tym ograniczonym świetle dostrzegł, iż jej wzrok był niezwykle zamglony.

Zadrżał.

- Wellinger? To ty?

Jej głos był na tyle niewyraźny, że miał niemałe kłopoty ze zrozumieniem tych kilku pojedynczych słów. Wiedział, iż jest z nią bardzo źle, ale nie był w stanie podnieść się z klęczek, by zawiadomić kogokolwiek o jej stanie. Jego ciało zdawało się być kompletnie odrętwiałe, ociężałe, a na dodatek nie reagowało na bodźce zewnętrzne. W tamtej chwili dotarł do niego fakt, że to właśnie on powinien leżeć na jej miejscu.

Sammi go obroniła.

Gdzieś z tyłu, któryś z policjantów przez krótkofalówkę wezwał karetkę; musieli zauważyć ledwo żywą dziewczynę.

Zmusił się na smutny uśmiech, starając się zachować jakieś bezsensowne resztki nadziei, następnie zaś szybko pokiwał głową.

- Ja.

Przez jej twarz przemknął jakiś niewyjaśniony grymas, a powieki ponownie zaczęły opadać, co przeraziło go na tyle, że wziął ją za rękę, starając się jakoś zwrócić na siebie uwagę czarnowłosej, niemniej nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać.

- Sammi, nie możesz usnąć. – powiedział głosem, w którym pobrzmiewała przede wszystkim stanowczość.  – Nie wolno ci zamknąć oczu!

Odpowiedzi nie otrzymał, chociaż drobniutka rączka, którą nadal trzymał w swojej dłoni, poruszyła się niespokojnie, a jej palce zacisnęły się na jego własnych.

Bali się.  Obydwoje cholernie się bali.

Gdzieś w oddali dało się zauważyć niebiesko-różową barwę, która -  w tymże momencie  - wydawała się być ewidentnym wybawieniem, ponieważ zwiastowała rychły przyjazd karetki; po chwili Wellinger usłyszał też ten charakterystyczny, nieco przerażający dźwięk syreny.

Pochylił się nad nieprzytomną dziewczyną. I choć miał nieodparte wrażenie, że jego słowa są już zbędne, załamanym głosem wyszeptał:

- Już za moment, kochanie. Wytrzymaj jeszcze tą chwilę, błagam cię.

_____________________________
Buhahahahahahahahha! <3
Chciałabym powiedzieć, że ta scena powstała w mojej głowie jako pierwsza z tego całego opowiadania, więc nie ma mowy, by była jakąś odpowiedzą na Wasze powątpiewania odnośnie zdrowia psychicznego Księciulka.
Musiałam zrobić w poprzednim rozdziale to, co zrobiłam, by jakoś wyprowadzić Was w pole, Słoneczka, za co bardzo przepraszam!
I Suomi niby zapewniła mnie, że bez względu na to, co zamieszczę w tym rozdziale, będzie mnie kochać, ale biorąc pod uwagę, co zrobiłam z jej Karla, zaczynam w to powątpiewać :P
Tak, to od początku miał być on, ale kocham Wasze rozmyślania nad tożsamością człowieka, który pisał te liściki, no kocham! Nawet Schuster się przewinął :D
 Nie przyzwyczajać mi się tu do rozdziałów takiej długości, jakoś to tak samo wyszło!
I chciałabym serdecznie podziękować za to, jak liczną grupą zapewniłyście mnie, że nadal jesteście ze mną, a wiem, iż jest Was jeszcze więcej. Kocham Was z całego serca <3
Za wszelakie błędy przepraszam, literki zlewają mi się już w jedną całość.
Buziaki! :*

niedziela, 20 lipca 2014

Opanuj się, Najwyższy. To ostatnia szansa na jakikolwiek ratunek przed całkowitą zagładą królestwa. Rozdział osiemnasty.


Najwyższy skrzywił się, przeglądając kolejne stronice podręcznika od fizyki. Słowa, które się na nich znajdowały, były napisane ewidentnie w nieznanym mu języku, a jeśli właśnie o to chodziło (i tak, w tym wypadku przyznawał się do tego z pokornie zwieszoną głową), był on niestety zupełnie niewyuczalny.
Jedynym ratunkiem pozostała, więc Wiedźma. I choć w pierwszym odruchu Książę bronił się, jak tylko potrafił przed tą myślą, to prawda niestety pozostawała taka, iż tylko ona mogła mu pomóc.

Westchnął, starając się zapamiętać niezwykle skomplikowany wzór. (A królewski nauczyciel od samego małego wpajał mu, iż stała plamca nie jest wcale taka skomplikowana. Okłamał go! Perfidnie i z wykorzystaniem jego bezkresnego zaufania, tudzież Pan rozpoczął rozmyślanie nad stosowną karą dla tego przypadku. Hm… rozszarpanie przez lwy będzie stosowne?)
Jednakże w pewnej chwili już zaczęło wydawać mu się, iż rozumie. Już się cieszył, już promyk nadziei wesoło zamrugał w jego sercu. Przeczytał jedno zadanie, wybrał odpowiednie dane oraz podstawił pod wzór.

I na królewskie koguty!
Oczywiście brakowało mu jednej literki! Książę ze złości rzucił podręcznikiem w bliżej nieokreślonym kierunku, choć  - jak się już za niecałą sekundę okazało – trafił prosto w szafkę, na której równiutko stały poustawiane kolorowe (pewnie trujące!) eliksiry oraz wszelakiego rodzaju maści czarownicy.

Zadrżał.
Strach opętał go w całości, ale nie pozostawało mu nic innego, tylko jakoś ukryć wyrządzone przez siebie szkody, więc momentalnie dopadł do tego, co leżało na podłodze i zaczął układać wszystkie fiolki z niebezpieczną zawartością w równiutki stosik.

- Przepraszam bardzo, ale jeśli chciałeś sobie pomalować paznokcie, to chociaż mogłeś spytać o pozwolenie.
Po raz kolejny strach ogarnął jego delikatne ciało, poczuł jak kończyny mu zesztywniały, a z mózgu odpłynęła krew. Tak mniej więcej pewnie powinien czuć się ktoś, na kogo czyha już kostucha ze świeżo naostrzoną kosą w dłoni.

Mimo wszystko zrobił niewinną minkę.
- Słucham?  - spytał słabym głosikiem, który ledwo wydobył się z jego krtani. – Ja tylko chciałem posprzątać. Naprawdę… Musiałem do jasnej cholery obronić swoje dzieci przed trującymi oparami, które na pewno za chwilę zaczęłyby się nad tym czymś unosić! Zaiste!

Potężny i wszechwładczy głos Księcia, który stopniowo coraz bardziej przybierał na sile, zdawał się go aż rozsadzać. Najwyższy uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafi, starając się zachowywać jednakże coś na kształt bezmiernego panowania nad całym światem oraz wszystkim, co się po nim przechadzało. Przyjął również dumną pozę, odważnie uniósł głowę, a sokoli wzrok utkwił w dziewczynie. Co jak co, niemniej był przekonany, że wygląda jak jakimś starożytny Ramzes, albo ktoś w tym rodzaju. No dobra, umówmy się, iż nigdy specjalnie nie przekładał się do historii tamtego okresu; po prostu go nie interesowała.
- I ja wiem też, że ty tylko czyhasz na naszą śmierć, by nas zamienić w karaluchy, albo inaczej! Na pewno chciałaś nas tym czymś uśpić, a później podpełzłabyś do ciał, by odpiłować nam głowy oraz wszelakie kończyny! Ja nawet rozumiem mnie! Jestem doprawdy doskonały, piękny, ponętny i w ogóle świetny nad świetnymi oraz genialnymi, ale zlituj się nad Arnoldkiem i Gertrudką! To tylko niewinne dzieci! Niczym ci nie zaszkodziły!

Minęła sekunda. Druga. Trzecia. Czwarta. Kolejna.
Co prawda, Władca zauważył, iż Sammi spogląda na niego co najmniej dziwnie, ale jakoś nic sobie z tego nie zrobił, bo on przecież od zawsze miał rację, a to kompletnie niewytłumaczalne zachowanie Wiedźmy na pewno wiązało się tylko i wyłącznie z faktem, iż zapewne podziwiała jego jakże inteligentny wykład. Tak.

- Ciebie to już kompletnie pojebało, Wellinger. Miałam jeszcze jakieś resztki nadziei, że będzie z ciebie człowiek. Pokraczny, ale jednak. Niemniej to chyba niewykonalne.  – mruknęła dziewczyna jakby ode chcenia, strzepując przy okazji ze ślicznej czerwonej bluzy (która bynajmniej nie była zasunięta pod samą szyję, więc dało się zauważyć kawałek jakże uroczego dekoltu założonego ewidentnie tylko po to, by Karlowi i Schusterowi ślina z gęby leciała niczym psom chorym na wściekliznę) jakieś niewidzialne – przynajmniej dla niego- obłoczki kurzu. Następnie zaś, tak jakby nigdy nic się nie wydarzyło (a przecież obraziła Najwyższy Majestat!), uśmiechnęła się promiennie, odwróciła na pięcie i już chciała wyjść, jednakże Władca okazał się szybszy. Jednym potężnym susem pokonał dzielącą ich odległość, łapiąc jędzę za hebanowe włosy. Ta wydała z siebie rozdzierający okrzyk, niemniej Książę pozostał całkowicie niewzruszony i  - dla zademonstrowania swojej potężnej mocy – rzucił ją na łóżko.
- Jesteś moim więźniem. Obraziłaś moją królewską godność.  – powiedział tonem Pana, a następnie przysiadł się do wciąż trzymającej się za głowę Wiedźmy.  –Boli? Trudno, masz karę. I będziesz robić wszystko to, co ja ci rozkażę, ponieważ jesteś tylko marnym poddanym.

Inna sprawa, iż jego arcydelikatne palce już błądziły gdzieś w pobliżu zapięcia od tej naprawdę jakże uroczej bluzy.

 

* * *

- Jesteś pierdolnięty młynarskim workiem po mące, Wellinger. – mruknęła Sammi, starając się zachować pozory tego dystansu, jaki powinna mieć względem jego osoby, co wychodziło jej raczej marnie, ponieważ – jakimś absolutnie niewyjaśnionym cudem – nie była w stanie mu odmówić, chociaż starała się , jak tylko mogła.
To raczej on ją zaczarował, a nie ona jego, co w gruncie rzeczy było dość zabawnym zjawiskiem, biorąc pod uwagę fakt, iż to coś, właśnie ją uważało za wiedźmę z piekła rodem.

- Nie pierdolnięty, i nie Wellinger – chłopak uśmiechnął się, ukazując rząd idealnie białych oraz równych zębów. – Zwracaj się do mnie Władco, Panie, Najwyższy, Książę, jak ci wygodniej. Muszę w końcu pokazać poddanemu mi światu moje w pełni arystokratyczne pochodzenie.
Mało nie zakrztusiła się własną śliną, gdy zrozumiała sens tychże słów. Momentalnie doszła do wniosku, że wcześniej nie doceniała tępoty tego człowieka, a jej mózg na pewno nie był w stanie ogarnąć jej teraz. Zaczęła zastanawiać się, co tak właściwie robi obok osoby ewidentnie chorej psychicznie, odpowiedź znajdując już po niedługiej chwili, gdy usta tego palanta musnęły jej odsunięty dekolt.

I już chciała się zamachnąć, już miała go zdzielić po mordzie, niemniej nagle…
Nagle poczuła, że to jej się podoba, co pozostawało kompletnie bez sensu. Nie odepchnęła go, więc od siebie, ale przyciągnęła bliżej. On zaś bluzę rozpiął kompletnie…

A później nawet nie zorientowała się, kiedy wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Zgłupieli. Na bank zgłupieli.

 

* * * *

„Kochanie!
Jesteś niesamowita, wiesz? Każdy twój dotyk, nawet ten najmniejszy, zdaje się mnie paraliżować, stwarzając pozory nikłego szczęścia wymieszanego z pożądaniem. Twój śmiech i te wszystkie wrzaski są najznakomitszą muzyką dla moich, wyczulonych na różnorakie piękne akordy, uszu. Nie ma chwili, bym o Tobie nie myślał. Nie ma momentu, w którym na me usta, nie cisnęłoby się Twoje imię, które brzmi jak delikatny ptasi świergot. Zresztą słyszałem Cię kiedyś, gdy sobie śpiewałaś. Masz głos słowika – ptaka raju. Codziennie rano Ci się przyglądam. Jesteś taka śliczna, gdy dopiero co wstaniesz z łóżka i na wpół przytomna schodzisz na śniadanie albo gdy przebierasz się w tą rozciągniętą bluzkę z tym fajnym królikiem, która służy Ci za piżamkę… Nie to, że jej nie lubię, bo naprawdę mi się ona podoba, jednakże marzę o tym, by ją z Ciebie zerwać, byś powiedziała mi, iż kochasz mnie całym sercem i tylko mnie pragniesz. Bo Ty jesteś dla mnie jedyna i najważniejsza, wiesz, Słonko?  Nie zrezygnuję z Ciebie. Nigdy. I będę Cię miał na własność – chociażby siłą.
Będziesz moja. Ja wiem, że Ty tego chcesz. Czuję to w każdym Twym, przesyconym erotycznym blaskiem, spojrzeniu. Pożądasz mnie.

Już niedługo, Najpiękniejsza."
 
 
 
___________________________________________________________________
No co no.
Znów miałam dłuższą przerwę. Pół tego rozdziału leżało sobie tak ponad miesiąc i za nic nie chciał się on sam dokończyć, choć błagałam, jak tylko mogłam.
Przepraszam, muszę się naprawdę ogarnąć.
I jeszcze jedno, Słoneczka. Zauważyłam, że ostatnimi czasy jest jakiś dziwny zastój na naszym Bloggerze. Wiecie o tym i Wy zresztą. Do tego dochodzą jeszcze moje miesięczne postoje... Po prostu nie mam pojęcia, kto to jeszcze czyta (jeśli ktoś w ogóle). Ostatnio dużo dziewczyn o to prosi, więc poproszę i ja.
Jeśli nadal śledzicie tą historię, wpadniecie na ten rozdział, napiszcie mi w komentarzu chociażby "Jestem." Dla informacji.
Z góry dziękuję, Skarby i przesyłam buziaki! :*
 
A! zapomniałabym! Na tym blogu jestem o wiele częściej! : http://idealne-wady.blogspot.com/

niedziela, 15 czerwca 2014

sobota, 7 czerwca 2014

Nawet Raskolnikow z siekierą Ci już nie pomoże, Władco. Rozdział siedemnasty.


Teoretycznie rzecz ujmując, to wcale nie wyszło tak znów źle, bo obiektywnie na to wszystko patrząc, Jego Wysokość mógł stwierdzić, że nocka była… miła.
No chyba.

Jasne, nie to, iż zapomniał kompletnie wszystkiego, przecież w głowie nie miał czarnej dziury, ale zazwyczaj pamiętał trochę więcej, a w tym wypadku sytuacja – jak na złość - przedstawiała się nieco inaczej.
Trach!

Dziwne dźwięki zaczęły dochodzić z terrarium. Książę niczym najszybsza błyskawica poderwał się z łóżka, a przynajmniej miał taki zamiar, ale oczywiście jak zawsze coś musiało mu stanąć na przeszkodzie, konkretniej jego własna kołdra, w którą się zaplątał i runął jak długi na podłogę.

Na pewno pękł mu kręgosłup.
KRÓLEWSKI LEKARZ! NATYCHMIAST!

Niemniej staruch się nie raczył pojawić, więc jęcząc i stękając Najwyższy podniósł się, strzepując przy okazji ze swych królewskich szat (za które w chwili obecnej robiły same bokserki)wszystkie zarazki. Władca oczyma wyobraźni widział już te wszelakie maleńkie bakterie, które łażą po nim, wiją się a nawet go gryzą. Co ciekawe, te dziwne żyjątka miały głowy jego poddanych, którzy należeli do kadry narodowej.
Z niewidomych przyczyn najbardziej przeraził go zminiaturyzowany wizerunek Freitaga.

Podbiegł jednak w końcu do swych dzieciątek i zastał istnie przerażający widok, gdyż wyglądało na to, iż Arnold i Gertruda próbowali zjeść się nawzajem. Wtedy też dotarło do niego, że przecież pajączki jego kochane i najdroższe poprzedniego wieczora nie dostały nic do zjedzenia. Włosy stanęły mu na głowie tak bardzo, iż postronny obserwator na pewno stwierdziłby użycie najmocniejszego żelu lub cukru (co w sumie chyba było już nieco przestarzałą, ale jakże szlachecką metodą, nieprawdaż?). Zresztą jego królewski fryzjer…
Oh, no tak – nikomu przecież nie wspominał jeszcze, iż go posiada. Oj, no bo zatrudnił go tak niedawno… zupełnie wyleciało mu to z głowy. W każdym bądź razie powinien udać się na wizytę, ponieważ miał nieodparte wrażenie grzywki gryzącej go w czoło.

A może by tak całkowicie obciąć się na łyso? Nie, przecież wtedy spadnie jego korona i się skompromituje przed całym światem, a on przecież – jako nieomylny i wielki Pan oraz Władca – powinien być wzorem dla swego ludu!
Szybko dosypał pokarmu do terrarium. Nie chciał, by te bratobójcze walki trwały dalej w najlepsze. Dzieci trzeba w końcu trzymać w jakiś ryzach, nie?

W tym samym momencie drzwi się otworzyły. Nietrudno było zgadnąć, kto wszedł do środka. Sammi. Wiedźma. Czarownica. Ewidentne zagrożenie. Największe zło tego świata. Zagłada.
To po co się z nią przespałeś, durniu? Aby chronić swe królestwo?

Najwyższy w sumie nie wiedział, co ma powiedzieć. Chyba pierwszy raz w życiu zabrakło mu języka w gębie. Powinien napisać odwołanie do swego nauczyciela retoryki, koniecznie musi wzbogacić swe lekcje o zachowania w takich właśnie sytuacjach, bo kiedyś się to źle skończy.

- Co się tak gapisz?  - głos dziewczyny wybił go z rozmyśleń o edukacji. Momentalnie zaczął się zastanawiać, czy naprawdę spoglądał na jej cycki nieprzyzwoicie długo, ale szybko doszedł do niezwykle trafnego wniosku, mianowicie takiego, iż nie powinna się na niego wściekać, bo przecież teraz była kompletnie ubrana, a kilka godzin wcześniej zobaczył o wiele więcej…
Uśmiechnął się sam do siebie niczym Wank na widok czekolady z nadzieniem truskawkowym.

Nic jednak nie odpowiedział, a Sammi jedynie prychnęła pod nosem, podeszła do jednej z szafek i zaczęła przekopywać stertę podręczników szkolnych oraz innych książek w poszukiwaniu  - jak się okazało – jakieś pomarańczowej, niewielkiej karteczki.

- Jeśli chodzi o to, co… - zaczął niepewnie, ale szybko umilkł, gdyż do ziemi przygwoździło go zimne jak lód spojrzenie dziewczyny, które bynajmniej nie było zapowiedzią czegoś dobrego.
Zadrżał.

- Słuchaj Wellinger! – warknęła – Byliśmy pijani w trzy dupy i nie widzę większej potrzeby, abyśmy musieli poruszać ten temat w tej chwili i w przyszłości. A teraz przepraszam cię bardzo, ale Schuster mnie wzywa. Zresztą nie będzie zbyt szczęśliwy, jeśli za jakieś piętnaście minut nie pojawisz się na skoczni przebrany w kombinezon z nartami na barkach. O rozgrzewce nie wspomnę.
Najwyższy uśmiechnął się do niej promiennie, ale były to tylko pozory, ponieważ w środku coś ścięło mu białko na ciało stałe. Strach. Przecież jak nic znów dostanie jakieś przymusowe roboty. Momentalnie przypomniał sobie postać Raskolnikowa ze „Zbrodni i kary”(książkę musiał obowiązkowo przeczytać jeszcze w dzieciństwie, gdyż była jednym z etapów terapii, która nosiła nazwę „Nie obawiaj się siekiery królewskiego kata”). On też został zesłany na Syberię, a biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne Oslo  - spokojnie mógł utożsamić się z tym bohaterem literackim.

Co nie zmienia faktu, iż niezły mógłby być z niego kupel. Książę nigdy nie ukrywał, iż Rodia wzbudził w nim pokłady głębokiego uznania. No bo tak zamordować dwie baby?!
Szacun i pokłony do ziemi.

Ocknął się, gdyż drzwi prowadzące do ich hotelu zatrzasnęły się gwałtownie, uświadamiając mu, że ma względnie mało czasu. W biegu pożegnał swe dzieciaczki, ucałował obie włochate główki po kolei, pogłaskał je po pełnych brzuszkach i zapewnił, iż na pewno wróci.
W kawałkach lub całości.

 

* * * *

Schuster już tylko wytężał swój „orli” wzrok, a gdy tylko się pojawił, przybrał swój zamyślony wyraz twarzy, który Najwyższy zwykł nazywać „Miną niemieckiego filozofa – czyli jakiego? Z kaktusa zerwanego!”.
Władca - rzecz jasna – zdawał sobie sprawę z tego, iż spóźnił się całe dwadzieścia minut, ale miał ogromną nadzieję, że zdechła ropucha tego nie zauważy, no bo jakżeby miała to zrobić, jak ostatnio nie spostrzegła głowy myszy w swojej kawie?

(Inna sprawa, że Książę wtedy chciał dobrze. Gdzieś przeczytał o tym, iż ropuchy jedzą myszy, a sam Schuster gadał o tym, że brakuje mu magnezu w organizmie. Dedukcja Pana polegała, więc na zorientowaniu się, iż najwięcej tego pierwiastka powinno znajdować się w mózgu gryzonia. Na dodatek sam gad gadał o grających mu marsza kiszkach.)

- Wellinger! – wrzask potwora dotarł zapewne do uszu wszystkich jego okolicznych poddanych – DWADZIEŚCIA MINUT SPÓŹNIENIA!
Najwyższy zląkł się. Zimny dreszcz przebiegł po jego prostych jak kij plecach. Na pewno zostanie zesłany na Syberię, na pewno!

Nim w ogóle ktoś zdążył się zorientować, przypadł do stóp zdechłej ropuchy tak blisko, iż był w stanie zobaczyć nawet błony między jej palcami. Nie to jednak miało znaczenie, a fakt, iż zaczął wydzierać się na całe gardło:

- Ja nie chcę być jak Raskolnikow! Nie wysyłaj mnie na karne roboty na Syberię, błagam! Ja mam malutkie dzieci do wykarmienia! Jeszcze mi z piersi piją, zlituj się nad mym marnym losem! Nad losem nieszczęśnika!
Nie był nawet świadom, iż wszyscy – łącznie z Sammi i Schusterem – patrzą na niego jak na największego idiotę, obrażając tym samym jego królewską godność.

- Wiedziałem, że jest głupi, ale nie sądziłem, że aż tak – mruknął Karl do ucha dziewczyny, jednak na tyle głośno, by każdy go usłyszał. Z Najwyższym łącznie, ale Władca nic z tym faktem nie zrobił.
Nie teraz.

__________________________________
Ja nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Dwa miesiące nic tu nie było.
Muszę się wziąć za siebie.
Choć już niedługo wakacje. Damy radę!

niedziela, 18 maja 2014

Zero silnej woli. Zero.

Jako, że już prawie skończyłam Pamiętnik, wymyśliłam coś nowego.
Bartuś Kłusek, Ville Larinto i Angela ^^
http://oni-i-snieg.blogspot.com/
Zapraszam! :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Po prostu jest już za późno, Najwyższy. Rozdział szesnasty.


Może ta cała impreza nie była jakaś niesamowita, przecież Książę bywał już na lepszych, a na dodatek często znajdował się na eleganckich bankietach. I może Wank oraz Kraus nie spisali się jakoś nadzwyczajnie dobrze, a na pewno nie powinni zabierać się w przyszłości za organizację różnorakich przyjęć, niemniej jednego Najwyższy im zarzucić nie mógł -  mianowicie alkoholu.
Oh tak, wódka była doprawdy wybornej jakości.

Sam nie wiedział, kiedy wszystko wokół niego zaczęło jeździć w kilka różnych stron, a on stracił kontrolę nad tym, co mówił i robił. Dobrze, że Schuster jako jedyny jakoś się trzymał, a dzięki temu nie odbył się konkurs na jak najlepszy i najbardziej widowiskowy striptiz. Choć w sumie nagroda była dosyć… ciekawa.
Książę przyjrzał się niczego nieświadomej dziewczynie, którą miał wygrać  zwycięzca. Jakby nie patrzeć była dosyć smacznym kąskiem, choć ewidentnie znajdowała się w najniższej warstwie społecznej. Pf.. kelnerka.. co to niby za zawód? Przecież on już dawno wyszedł z użycia! Teraz była służka! O tak! No ale ślicznej blondi to i taki przydomek nie był w stanie zbrukać.

Właśnie, o wilku mowa, Najwyższy.
Dziewczyna popatrzyła na Władcę z pogardą w brązowych oczach, a następnie wyminęła go z wysoko uniesioną głową. Jasne, mógł się wcześniej powstrzymać i nie wsadzać łap do jej stanika, ale to tak tylko przypadkiem wyszło! No przecież! Niemniej oczywiście parszywe babsko o tym nie wiedziało. Trudno. Już wkrótce zawiśnie na królewskiej szubienicy za tą niewiarygodną zniewagę.

Albo jeszcze lepiej! Poprosi wiedźmę, by zamieniła ją w karalucha! Co w tym dziwnego? Ostatnio z tą czarnulą miał coraz lepszy kontakt, czyli w wolnym tłumaczeniu polegał on na tym, że ona nie rozmawiała z nim oraz nie wtrącała nosa do jego dzieciaczków najsłodszych, a on też nie zwracał na nią większej uwagi. Piękny układ, prawda?
A jeśli już o Sammi.. to gdzie ona właściwie była? Książę odwrócił swą głowę – ale na tyle wolno, by nie spadła z niej korona – i zobaczył ją z Karlem. Oczywiście nie powinno go to dziwić, przecież każdy w kadrze wiedział, iż byli przyjaciółmi, jednakże zaintrygował go fakt, że dziewczyna wypijała jeden kieliszek za drugim, wskutek czego była dziwnie wesoła.

No dobra, może lepiej w takim stanie nie prosić ją o czarodziejską przysługę. Jeszcze wiązka tajemnej mocy uderzyłaby w niego a nie tą służkę i wtedy to by dopiero był kłopot, bo wątpił, że zdecydowałaby się go przywrócić do pierwotnej formy.
Książę odwrócił wzrok od tej dwójki, a następnie spojrzał na zegarek. Nadeszła pora kolacji Arnolda i Gertrudy. Z największym trudem podniósł się z krzesła, na którym spoczywał, ale momentalnie zachwiał się na tyle mocno, że musiał chwycić się prowizorycznego blatu, by nie upaść i się kompletnie nie skompromitować.

Na szczęście nikt nie dostrzegł tego drobnego potknięcia. Każdy skupiony był tylko na sobie.
Najwyższy niepewnym krokiem udał się do pokoju, dobrze, iż sala, na której odbywało się całe przyjęcie była stosunkowo blisko od niego.

Jednak, gdy tylko uchylił drzwi, pierwszym, co zwróciło jego uwagę nie było terrarium. Nie ono, ale łóżko, a konkretniej to, co znajdowało się na nim.
Władca poczuł, iż w ustach momentalnie robi mu się sucho jak na pustyni, a oczy zachodzą mu gęstą mgłą. I naprawdę był już pewien, że zemdleje, ale w ostatniej chwili się opamiętał, gdyż jego królewska zawziętość wzięła nad nim górę, a wnętrze rozgotowało się z wściekłości. Na milion procent z czubka głowy buchały mu obłoczki pary.

Ah, no tak, przecież on tak naprawdę nie obejrzał do końca tego, co doprowadził go do takiego stanu!
Zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Autorstwa wiedźmy. Na których znajdował się tylko i wyłącznie on. Sęk w tym, iż został obnażony na nich ze swych królewskich szat, a w specjalnych programach graficznych podorabiane miał na przykład wielbłądzie kopyta, garby, krokodyle zęby, a nawet smocze łuski czy ślimacze rogi. Mało tego! Obok nich leżała karteczka z dopiskiem, który niewątpliwie przelał czarę goryczy, a mianowicie: „Prawda, że jestem genialna, a możliwości mego laptopa są przeogromne? Jeśli chcesz, zabierz sobie te zdjęcia na pamiątkę i opraw w ramki. Będziesz miał co pokazywać swym potomnym!”

Nawet nie wiedział, kiedy posłał swego zaufanego lokaja z natychmiastową informacją do królewskiego kata o przygotowanie szubienicy, a uprzednio sali tortur.
Jesteś skończona na amen, dziewczyno.

Zaiste.
Najwyższy udał się po więźnia…

 

* * * *

- A ty aby nie wypiłaś już troszkę za dużo, Sammi?
Głos Karla odwrócił jej uwagę od przyglądania się niebieskiej barwie drinka, który znajdował się tuż przed nią. Dziewczyna z odrazą skrzywiła nos, gdyż nigdy nie lubiła tego koloru z jednego konkretnego, ale jakże dobrego powodu.

Taki sam odcień miały po prostu oczy Wellingera.
Przeklęty debil.

Zerknęła na blondyna, który siedział obok niej. Zdecydowanie wyprzystojniał przez te ostatnie dwie godziny.
Uśmiechnęła się promiennie do chłopaka, który tylko westchnął głęboko, umożliwiając jej sięgnięcie po butelkę, która stała tuż koło niego, gdyż uprzednio po prostu ją zabrał.

Jednak niestety krople przezroczystej cieczy za nic nie chciały wlecieć tam, gdzie powinny czyli do kieliszka, a kolejne jej nieudolne próby tylko pogarszały całą sytuację. Jęknęła z niezadowoleniem, gdy butelka momentalnie znalazła się poza jej zasięgiem.
Kolejny już raz, choć była dorosła.

I już otwierała usta, już chciała po prostu nawrzeszczeć na Karla, że może robić co tylko jej się żywnie podoba, gdy zorientowała się, że – tym razem – to nie on był winowajcą całej tej sytuacji, gdyż przed nią stał nie nikt inny jak Wellinger we własnej, za grosz nie skromnej osobie.
- Zwariowałeś?! – krzyknęła, choć wiedziała, iż to raczej nic nie da, bo w tym jednym, jakże szczególnym wypadku, obaj z Karlem byli sprzymierzeńcami. Niespodziewanymi, ale jednak. Postanowiła, że nie będzie przebywać dłużej w ich towarzystwie.

Podniosła się z sofy i bez żadnych problemów ominęła swego największego wroga, którego perfumy niebezpiecznie drażniły jej nozdrza. Musiała się przewietrzyć. Teraz. Natychmiast. Zaraz.
- Gdzie ty się wybierasz?

Nie twój zasrany interes.
Oj, nie powiedziała tego? Szkoda, chyba zapomniała. To wszystko przez to, że głos tego człowieka rozrywał jej głowę na milion pulsujących żywym ogniem kawałków.

Naprawdę musiała wyjść z tego pomieszczenia.
I już prawie to zrobiła, prawie wydostała się z tego tłumu roztańczonych, upitych ludzi i już za moment miała postawić stopę na stosunkowo neutralnym gruncie, gdy znów poczuła obecność tego debila. Tuż za sobą.

Zorientowała się, jak wściekłość zaczyna brać nad nią górę, nawet nie wiedziała, kiedy się odwróciła i spojrzała na intruza z wyraźnym wyzwaniem.
Jednak rozłoszczony wyraz jego twarzy podziałał na nią co najmniej uspokajająco, gdyż momentalnie zamknęła się w sobie, chcąc uciekać od niego najlepiej jak najdalej.

- Widzę, iż postanowiłaś wybrać się na spacer, słonko. – powiedział niewiarygodnie spokojnym i nieco aż przesłodzonym tonem – Mam nadzieję, iż nie będziesz miała nic przeciwko, byśmy udali się na niego razem, prawda?
I nim zdążyła się zorientować, przerzucił ją sobie przez ramię i zaczął maszerować energicznym krokiem przed siebie. Tak bez trudu, jakby ważyła tyle co piórko! I nic nie pomogły wrzaski, uderzenia pięścią w jego plecy, wierzgania nogami. Nic, kompletnie.

W końcu po prostu się podała, zastanawiając się, gdzie jest najbliższy szpital psychiatryczny i w jakim czasie ewentualna karetka zdążyłaby dojechać do ich hotelu, by Wellingerowi nałożyć kaftan bezpieczeństwa.
Bo przecież jego zachowanie nie było normalne.

Absolutnie.

 

* * * *

Książę już niegdyś zorientował się, iż Sammi siłę miała. Przecież sam doświadczył tego, gdy przyłożyła mu w pysk za tą nieszczęsną piłkę.
Teraz też musiał nieźle się natrudzić, by jakimś cudem ją utrzymać, ale mu się udało. Doniósł ją do ich wspólnego pokoju, a następnie zamknął drzwi na klucz, by dziewczyna nie uciekła z tego jakże prowizorycznego lochu. Przecież musiał dbać o wszelakie standardy bezpieczeństwa!

Zrzucił swego więźnia na podłogę, a sam schylił się pod łóżko, gdyż był niemalże pewien, iż tam ostatnio zostawił swe królewskie kajdany.
- Co ty najlepszego wyprawiasz?!

Najwyższy westchnął zdegustowany, gdyż odpowiednich zabezpieczeń nie mógł nigdzie dostrzec,  na dodatek ta niegodziwa niewiasta skrzeczała mu tuż nad uchem. Trzeba jej uciąć język, wtedy problem się rozwiąże, a przynajmniej powinien.
- A ty co zrobiłaś?  - spytał odwracając się w jej stronę.  – Sponiewierałaś mój wizerunek!

Tak zdziwionej, ale zarazem przestraszonej jego nagłym wybuchem złości, wiedźmy nie widział nigdy. Dziewczyna automatycznie cofnęła się kilka kroków pod ścianę, by znaleźć się jak najdalej od niego.
Tak? Chcesz zabawy w kotka i myszkę? Wedle życzenia.

- Co to jest? – Książę ujął w dwa palce fotografię, na której miał akurat dorobione dwa wielkie kły. Wyglądał jak ewidentne zombie  z taniego horroru, którego nikt nigdy się nie bał
Dziewczyna popatrzyła na niego, udając kompletne niewiniątko.

- Twarzowe, prawda? – wyjąkała, a to pytanie było tą iskrą, którą rozbudziła ogień prawdziwej furii w Najwyższym. Jeszcze nigdy nikt go tak nie znieważył! Tak nie upokorzył! Tak nie zdenerwował!
Nim się zorientował, pokonał te kilka dzielących ich metrów i już miał zamiar wyciągnąć dłoń, by wyrwać jej serce, ale coś go powstrzymało. Coś, co zatrzymało go dosłownie milimetry od niej, coś, czego nie potrafił zidentyfikować ani nazwać, coś dziwnego, coś…

Nagle powróciło to, co gnębiło już od jakiegoś czasu. Ta myśl, która krążyła w jego głowie od kilku ostatnich tygodni…
Już, Najwyższy, spokojnie, opanuj się. To tylko ona. Jesteś pijany, nie myślisz racjonalnie…

On jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tu już wszystko jest przesądzone, a on sam znajduje się na przegranej pozycji, ale nabrał absolutnej pewności, gdy po prostu ją pocałował.
Tak jakby nigdy nic. Tak jakby wcale nie byli najgorszymi wrogami.

Tak jakby coś do niej...
To niemożliwe.

A jednak. Niemal fizycznie poczuł jej zaskoczenie, szok, początkowe odrętwienie, ale po chwili cała  bierność minęła, a dziewczyna oddała pieszczotę z identycznym zaangażowaniem, więc wiedząc, iż raczej nic nieprzewidywalnego nie powinno się mu już stać, pozwolił sobie na więcej, kładąc dłoń na jej nagim udzie, (gdyż krótka sukienka dawała duże pole do popisu), a ustami zjeżdżając na jej szyję.
I może mogli jeszcze to wszystko przerwać, pewnie tak, ale po prostu nie chcieli, a w chwili, kiedy cienkie ramiączko spadło z ramienia dziewczyny, oboje czuli, iż nie ma już sensu tego wszystkiego zawracać.

Później wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Królestwo zaś przez tą jedną, jedyną noc musiało się obyć bez władcy, a pajączki bez swojej kolacji.
________________________
Takim oto rozdziałem Madzia świętuje swoją osiemnastkę. :D
 Od dziś wszystko mi wolno. Ha! Również wprowadzać takie epizody w opowiadaniach jak ta powyższa końcówka, ale spokojnie...
Taratadaaaaam!...
...
Prawdziwa bomba dopiero zaczęła tykać, a na jej wybuch należy jeszcze trochę poczekać.
Ha!

niedziela, 23 marca 2014

Najwyższy! Przecież nie możesz ciągle rozpamiętywać tych ryb! Myśl o teraźniejszości, tylko o teraźniejszości, która nadal leży w łóżku. Rozdział piętnasty.


Sammi prawie wyzdrowiała co w sumie było bardzo dobrym omenem, gdyż Książę nie musiał obawiać się o siebie oraz o swoje dzieciaczki. Choć przed chwilą właśnie Gertruda kichnęła… Najwyższy spojrzał w stronę królewskiego terrarium, a następnie wziął jedną, śnieżnobiałą chusteczkę z wygrawerowanym wizerunkiem złotej korony i śpiesznym krokiem podążył obetrzeć nosek swej córeczce.
Tatuś zawsze będzie przy was, kochani. W szczęściu czy chorobie – nieważne, miłość ojca do dzieci nie zginie nigdy. Jest niezniszczalna, pamiętajcie o tym.

- Ciebie pojebało już do reszty, Wellinger? – cichy, nadal nieco zachrypnięty głos wiedźmy rozniósł się echem po pokoju, sprawiając, iż Władcy włosy zjeżyły się na głowie. Na pewno nigdy nie pozbędzie się tego strachu przed jej osobą. Na pewno. W głębi duszy postanowił, więc zadbać o jakieś dodatkowe zabezpieczenia dla Arnolda i Gertrudy. No przecież nie mógł ryzykować, tak?
Oczywiście, Najwyższy – jesteś jak zawsze nieomylny.

- A ty nie miałaś przypadkiem leżeć i oszczędzać gardła? – spytał nawet nie odwracając się w jej kierunku, skupiając całą swą uwagę na pająkach.
Dziewczyna tylko prychnęła pod nosem, odrzucając kołdrę na bok i próbując zejść z łóżka, co było ewidentnie nie na miejscu, a na dodatek tak bardzo zdeprymowało genialny umysł Najwyższego, że po prostu nie wiedział kiedy, ale momentalnie znalazł się przy niej i niemal siłą wepchnął z powrotem do łóżka.

- Gdzie ty się znów do jasnej cholery wybierasz?! – wrzasnął na całe gardło, a sama Sammi popatrzyła na niego z takim zdziwieniem, iż zadziwiająco szybko ucichł, a w pokoju tym samym zapadła kompletna cisza.
Najwyższy sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Być może przestraszył się, iż ta chodząca karykatura może znaleźć się za blisko jego dzieciaczków, a być może stało się to za sprawą tej kusej koszulki, którą ona miała na sobie…

Nie, wróć! To na pewno ten pierwszy powód, zdecydowanie!

- Czy ty przejawiasz oznaki troski o drugą osobę, Wellinger? – spytała wiedźma z wysoko uniesioną brwią, a jemu samemu zaschło w gardle, gdy dotarł do niego sens wypowiedzianych przez nią słów.
Do tego stopnia zaczęło męczyć go pragnienie, iż natychmiast musiał dostarczyć do swego organizmu potrzebną ilość jakiegokolwiek płynu. Nie odpowiedział, więc jej, ale momentalnie puścił brzeg kołdry, którą nadal miętolił między palcami, a następnie niemal na skrzydłach podbiegł do drzwi wyjściowych, by choć na moment uciec z tego przeklętego pomieszczenia.

Jakże, więc wielkie było jego zdziwienie, gdy drzwi same się otworzyły, a na dodatek tak gwałtownie i szybko, iż Książę, pod wpływem tej strasznej siły został pchnięty z powrotem w głąb pokoju, a przy okazji – na dodatek – wylądował w pozycji bliżej nieokreślonej na podłodze.
Spod byka spojrzał na winowajców całego zamieszania, nawet nie zwracając uwagi na wiedźmę, która wybuchnęła perlistym śmiechem.

No jakżeby mogło być inaczej. Wank i Kraus. Ci debile. Ci nędznicy!
Gdy tylko zorientowali się w całej sytuacji, również zaczęli się śmiać, za co zostali storpedowani kolejnym gromem przeszywających, królewskich spojrzeń.

Pierwszy opanował się Wank.

- Sorry, Andi. Mam nadzieję, iż nic ci się nie stało.
I już kiedy Najwyższemu przeszła przez mózg myśl, że pomoże mu wstać, on po prostu go wyminął, a następnie bezceremonialnie rozsiadł się na należącej do niego połowie łóżka, a następnie pochylił się w kierunku dziewczyny i ucałował ją w policzek. W Księciu  zaś wnętrzności zagotowały się niczym w jakimś kotle.

- Zaiste, Wank. – mruknął, ale nie w kierunku wspomnianego osobnika, gdyż spoglądał na ścianę  - Zaiste.
Kraus zaś uśmiechnął się szeroko, mrużąc przy okazji oczy i powodując, iż zamiast nich zauważyć się dały maleńkie, świecące szpareczki.

- Nie śmiej się Marinus, bo wyglądasz jak robal – wysyczał przez zaciśnięte zęby Władca, sprawiając, iż ten, który miał najkrótszy staż w ich kadrze, momentalnie przestał szczerzyć zęby do jego dziewczyny.
Chwila.

Moment.

Wellinger, opanuj się. Jakiej dziewczyny? No tak, być może, ale nie twojej. Hej, no przestań, bo zaraz załatwią ci wizytę u królewskiego psychiatry! Jasne, jakieś tam korzyści z tego są, bo dostaniesz w pełni płatne zwolnienie i będziesz poruszać się tylko w specjalnej, niezwykle wygodnej lektyce, ale jednak…
Już? Po kłopocie? Twój mózg odetchnął i rozpoczął normalną pracę? Tak?

No mam nadzieję.

A tak swoja drogą... wracając do tego pupilka zdechłej ropuchy (czyli Krausa rzecz jasna), to Władcy przypomniał się moment, gdy w wieku lat piętnastu – czyli już jako dojrzały i wszystkiego świadomy mężczyzna – chciał zobaczyć jak się łowi ryby. Wybrał się, więc z rybakiem zatrudnionym w swym zamku nad rzekę. Oh, ona była naprawdę niezwykłej urody. Wschodzące słońce wspaniale odbijało się od równej, niczym niezmąconej tafli krystalicznie czystej wody… No w każdym bądź razie dostał swoją wędkę, a mężczyzna mu towarzyszący podał mu złote pudełeczko, w którym miały znajdować się przynęty. Książę otworzył je i co ujrzał?
Roześmiane dżdżownice. I one miały dokładnie taką samą minę jak Kraus. Dokładnie taką samą…

- … No i ta impreza… - niepewny głos Wanka przebił się przez skorupę królewskich wspomnień niezwykle wyraźnie, sprawiając tym samym, iż rozsypały się one niczym zamki z piasku – …Ta impreza miałaby odbyć się za tydzień, kiedy ty byś już wróciła do sił.

- Impreza? Jaka impreza?
Najwyższy nim się zorientował, stał już na nogach, pochylając się nad Wankiem niczym sęp, który czeka na pożywienie. Bo w sumie to tak w istocie było. Władca na wszelakich potańcówkach zakrapianych alkoholem czuł się doprawdy wyśmienicie i można by było powiedzieć, że niczym ryba w wodzie.

Cholera, znów te ryby.
Może przejdziesz na dietę złożoną z tych stworzeń, Książę?

Wank tylko westchnął i odwracając się w jego kierunku, wyrecytował zapewne wyuczoną na pamięć formułkę:
- Z okazji zbliżających się Zimowych Igrzysk Olimpijskich wiadomo gdzie, wpadłem na pomysł, by zorganizować takie party, które byłyby podsumowaniem naszych przygotowań do tej prestiżowej imprezy.

Dumny uśmiechnął się sam do siebie.

- Ja też to wymyśliłem! – niemal płaczliwym tonem wtrącił Kraus – Nie zabieraj wszystkiego dla siebie Andreas!
Wank wychylił się zza Księcia (co według Najwyższego było niezwykle niegrzecznym gestem), zlustrował kolegę od stóp do głów widocznie nad czymś rozmyślając, a następnie  - jakby w przypływie olśnienia – uśmiechnął się szeroko.

- Nie bój się, kochanie. Nie wspominałem przecież o karaoke, które było przecież tylko twoim pomysłem.
Książę jęknął. No doprawdy… nie mogliby wpaść na coś bardziej oryginalnego? No ale już mniejsza o to. Dlaczego on się niby przejmował? No przecież to oczywiste, że gdy tylko dostawał do ręki mikrofon, przemieniał się w straszliwą sceniczną bestię.

I nim Najwyższy w ogóle się zorientował, dwaj przybysze wyszli. Opadł, więc bezwładnie na łóżko, a ból w lewej łopatce, który na pewno powstał w wyniku zderzenia z tymi przeklętymi drzwiami, zaczął niebezpiecznie pulsować na całe plecy.
Cholerni debile.

- Nie zabiłeś ich, to zawsze coś – mruknęła niespodziewanie wiedźma, a on odkręcił głowę w jej stronę, patrząc na nią ze zdziwieniem.  –No co? Przecież zachwiali twoje nienaganne Feng shui…
Książę przez chwilę analizował jej słowa w głowie, a następnie po prostu wybuchnął śmiechem, sprawiając, iż wyraz zaskoczenia tym razem pojawił się na twarzy Sammi, więc postanowił wyjaśnić:

- Sam fakt, iż ty jeszcze żyjesz, dowodzi temu, że oni chyba jeszcze nie zasługują na karę śmierci.
Jeb.

Nim się zorientował dostał poduszką w nos, ale jej nie odrzucił. Nie.
Nawet nie miał takiego zamiaru.

__________________
To doprawdy fenomen, iż mnie nachodzi wena, gdy mam chyba najwięcej do zrobienia. Wypracowanie z polskiego czeka do przepisania, angielski do ogarnięcia, przyroda do ogarnięcia geograficzna, no i historia na wtorkowy sprawdzian. I na prawko to przeklęte trzeba się uczyć. Eh.  I wszystko.
I po sezonie. No dlaczego ja ryczałam, cholera? (jak co roku zresztą). No ale było pięknie. No prawie, bo ten niedosyt jest, gdy oglądałam skoki Pieszczoszka w ostatnim czasie. No ale cóż - ma przyszłość świetlistą przed sobą :)
I.. dziewczęta. ROZPIEPRZYŁO MI SIĘ GG. Jeśli, więc któraś by się chciała ze mną skontaktować, to nie ma nawet jak. Normalnie... szlag mnie trafi. Oczywiście pobiorę je od nowa, jednakże dopiero mogę to zrobić pierwszego kwietnia, gdy będę posiadała nowy transfer.
Sylwuś, kochanie, to nie znaczy, iż nie robisz naszej listy. Ja ją chcę zobaczyć, gdy tylko już będę. Nie zapomnę o niej, o nie. ^^
I to tyle.
Buziaki! :*